Jesienny splin

Posted: 26th Październik 2013 by Robert Rutkowski in News
Tags: , , , ,

economic crisisNie dać się jesiennym smutkom.
Brak energii, ospałość, zwiększony apetyt lub jego brak, obniżenie nastroju, apatia – tak wiele osób czuje się jesienią i zimą. O sezonowym spadku nastroju i sposobach na jego przezwyciężanie – Maja Ruszpel rozmawia z psychoterapeutą Robertem Rutkowskim.

Maja Ruszpel: Co to jest depresja jesienna?

Robert Rutkowski: Muszę na początek wyjaśnić, że moim zdaniem coś takiego
w ogóle nie istnieje. A to dlatego, że mówiąc o „depresji” jesiennej, nadużywamy słowa „depresja”. Depresja jest bowiem chorobą o skomplikowanym podłożu, wymagającą terapii, czasem wieloletniej, a nierzadko także przyjmowania leków,
by z niej wyjść.
Jestem więc za tym, żeby tego okresowego spadku nastroju nie nazywać depresją.
To jak nazwać to, co się z nami dzieje: z dnia na dzień ubywa nam energii,
w głowie pojawiają się czarne myśli, nic nas nie cieszy, a wokół coraz zimniej
i ciemniej…

Powtarzam, to nie jest depresja, a przejściowy spadek nastroju, wynikający
z mniejszej ilości światła słonecznego i zimna, opisany już 30 lat temu przez amerykańskiego psychiatrę Normana E. Rosenthala. W „Diagnostic and Statistical Manual of Mental Disorders” sklasyfikowano tę nawracającą w polskich (i nie tylko) warunkach w okresie jesienno-zimowym dolegliwość, nazywając ją Seasonal Affective Disorder – SAD. Po polsku znaczy to tyle, co sezonowe obniżenie nastroju, przy czym najczęściej używa się w Polsce nazwy – choroba afektywna sezonowa.
Skąd się bierze ten winter blues?
SAD występuje średnio u co dziesiątej osoby, ale jesień i zima nasilają liczbę symptomów obniżenia nastroju u wszystkich ludzi. Wracamy z wakacji. Wydaje się nam, że najlepsze w tym roku właśnie się kończy. Robi się zimniej, słońce coraz wcześniej zachodzi. Są kraje, w których ten okres jest naprawdę trudny, choćby
w Skandynawii, gdzie psycholodzy i psychiatrzy obserwują co roku ogromny napływ pacjentów.
A w Polsce?

Na szczęście, podobnie jak cała Europa Środkowa, mamy nieco inny klimat niż Szwedzi czy Finowie. Ale i u nas lada dzień będzie ciemno i zimno. Muszę jednak podkreślić, że nie dzieje się nic nowego ani trudniejszego niż zazwyczaj. Jesień
i zima występują w naszym kraju, w naszym klimacie od zawsze, od setek lat. Następuje po prostu naturalny czas wyciszenia, czas uspokojenia, przygotowania się do snu zimowego. Soki w drzewach wolniej płyną, opadają liście, zwierzęta przygotowują się do zimy. To samo dzieje się z nami. Jesteśmy przecież częścią natury. Także i nasza energia po prostu spada.
Tylko, że zmieniła się kultura, w której żyjemy.
I tu jest problem. Kiedyś ludzie żyli bliżej przyrody, wykonywali więcej pracy fizycznej, więc najciężej pracowali wiosną i latem. Z każdym jesiennym tygodniem obniżali swoją aktywność, a zimą ograniczali ją do minimum. My zaś musimy generować
w pracy tyle samo energii przez okrągły rok, bez względu na to, czy jest to zgodne
z rytmem biologicznym, czy nie. Kłopot jest jednak taki, że jesienią na tyle samo energii co wiosną i latem wcale nas nie stać. Musimy się spinać, kiedy już nie mamy na to ochoty, wbrew sobie. Angażować swoje energetyczne zapasy ze szkodą dla zdrowia fizycznego i psychicznego.
Ale musimy być realistami – nikt nie da pracownikowi półrocznego urlopu
z powodu pory roku.

Jak połączyć tę biologiczno-przyrodniczą sprzeczność z pracą w biurze, przed komputerem?
Najlepiej zacząć od psychicznego „miękkiego lądowania” z wakacji. Przecież prawie każdy z nas, wracając do pracy, myśli: „Znowu codziennie będę spotykał panią Basię, której nie znoszę; znowu będę musiał słuchać szefa, który mnie denerwuje”. Dlatego warto zabrać do pracy coś, co nas będzie uwalniało od irytacji. Choćby zdjęcia z wakacji umieścić na pulpicie komputera i oglądać, gdy wzrasta frustracja. Bardzo dobrze jest też zaplanować sobie cel średnioterminowy. Na przykład wyjazd na weekend w październiku w miejsce, w którym jeszcze nie byliśmy. Albo wyprawę na narty w grudniu. I zacząć organizować wyjazd i oglądać trasy, jakie jeszcze w tym roku możemy zwiedzić. Można też wyznaczyć sobie jakąś nagrodę, coś, co nas naprawdę pociąga, co da nam satysfakcję i co może wydarzyć się w nie tak odległej przyszłości – wtedy jest łatwiej.

Często stosowanym patentem na ucieczkę od zimna i ciemności jest wyjazd
w listopadzie czy grudniu do Afryki, do krajów, gdzie jest słońce.
Ma to swoje uzasadnienie, ponieważ słońce podnosi nastrój, następują pewne procesy biochemiczne, które dają nam znów energię do życia. Ale ja tego nie polecam, ponieważ to zbyt duży szok dla organizmu. Sama zmiana temperatury jest trudna – jeśli wracasz samolotem z Maroko w grudniu to w ciągu jednej doby różnica wynosi prawie 40 stopni. To nie jest zgodne z naszym naturalnym funkcjonowaniem. Trzeba i warto robić te rzeczy, które są zgodne z naturą.
Nawet żyjąc w mieście?

Tak, również w mieście. Przede wszystkim ograniczyć lub selekcjonować informacje, jakie docierają do nas z mediów czy w ogóle ze świata – zatem ograniczyć korzystanie z internetu, radia, telewizji. Zbyt duża liczba informacji każdego z nas męczy na co dzień, jeszcze silniej zaś jesienią i zimą. To, co może także dobrze działać, to spędzanie czasu na świeżym powietrzu. Ale bez forsowania się. Każdy
z nas może spacerować, biegać – czy mieszka w mieście, czy w małej miejscowości. Nie chodzi o to, żeby nagle starać się zostać maratończykiem. Jest taka metoda stosowana w sporcie i nazywa się mind-body-bridging – zjednoczenie ciała
z umysłem. Jeśli chodzimy lub biegamy, to spokojnie, rytmicznie. Nie z mp3 na uszach, ale wsłuchując się w subtelne dźwięki o jednostajnej amplitudzie. Szum wody. Szum wiatru. Szum miasta. To nas powinno uspokajać, wyciszać, wzmacniać koncentrację. Taka aktywność fizyczna powoduje wydzielanie się wielkiej ilości hormonów szczęścia, które stabilizują nastroje i zapobiegają ich obniżce. Warto też myśleć o celach krótkoterminowych, czyli o tym, co dobrego zrobię dla siebie jutro,
i o celach długoterminowych – czyli o tym, co chcę dla siebie zrobić „na życie”. Każdy z nas ma jakieś marzenia, coś, czego chciałby doświadczyć, co chciałby zmienić. Jesień to dobra pora, by podejmować pierwsze kroki.

A czego nie robić, by nie wzmacniać i tak uciążliwych objawów SAD?
Jeśli dzień będzie wyglądał tak: w pracy 8 godzin za biurkiem, a w domu relaks przed telewizorem, to dramat. Będzie tylko gorzej. Przecież nasi przodkowie jesienią i zimą nie spędzali całych dni siedząc za stołem. Ciężka i tłusta dieta to także przysłowiowy gwóźdź do trumny. Zima za pasem, więc potrzeba nam witamin i minerałów.
A jesienią warzywa i owoce zawierają najwięcej wartościowych składników odżywczych. Należy korzystać z tego, co natura nam daje. Ona wie najlepiej.

SAD występuje średnio u co dziesiątej osoby, ale jesień i zima nasilają liczbę symptomów obniżenia nastroju u wszystkich ludzi.
Z Robert Rutkowskim rozmawiała Maja Ruszpel.

Turboidiotyzm

Posted: 7th Lipiec 2013 by Robert Rutkowski in News
Tags: , , , , , ,

Gran Turismo Polonia 2013
Poznań, lato 2013, piękne dziewczyny, muskularni faceci, ale co najważniejsze fantastyczne samochody. Impreza pod tytułem Gran Turismo Polonia. Mnóstwo wypasionych aut, bo aż 175 sztuk w tym 50 Ferrari i ten jeden najszybszy, najmocniejszy i najdroższy szwedzki Koenigsegg. Najwięcej jednak na tej imprezie było adrenaliny i głupoty. Tą pierwszą nie ma sensu się zajmować, bo jak są szybkie auta, dziewczyny i testosteron, to adrenalina zawsze się leje strumieniami. Warto poświęcić kilka zdań głupocie, aby na przyszłość uniknąć takich sytuacji. To, że nikt nie zginął graniczy z cudem. Jeszcze większym jest to, że następnego dnia z 17 rannych tylko 5 osób było jeszcze w szpitalu. Są tam nadal, Kacperek (7 l.) i Zuzia (6 l.) Nie płaczą z bólu tylko dlatego, że są na silnych środkach przeciwbólowych. Rannych dzieci nikt z organizatorów nie odwiedził, bo przecież nie czują się winni. Jak się ogląda VIDEOKLIP z tego wypadku to trudno uwierzyć, że to zdarzenie nie stało się jednym z najtragiczniejszych na tego typu pokazach w Polsce.
Jednym słowem udało się. Co dalej? Liczymy na kolejnego wielkiego farta? Oczywiście, że tak, bo to Polska przecież. Musi ktoś zginąć, aby ewentualnie uruchomić wyobraźnię. Organizator skutecznie zabezpieczył anemicznymi barierkami, utrudniającymi wejście na trasę przejazdu nie ludzi, ale samochody i kierowców przed niesfornymi gapiami.
Ktoś mógł przecież przez głupotę wleźć na trasę przejazdu bolidów, porysować lakier lub co gorsza zbić swoim ciałem szybę w drogim cacku. Natomiast nijak nie zabezpieczono ludzi przed autami ważącymi ponad tonę. Koenigsegg ma moc silnika 806 KM. Prędkość max.395 km/h. Dla porównania bolidy F1 mają silniki o mocy ok. 750KM, prędkości maks. ok.350 km/h.
Często w kontekście tego zdarzenia słychać termin: „nieszczęśliwy wypadek”. Norweg kierujący tym pojazdem ma postawione zarzuty spowodowania katastrofy w ruchu lądowym – kara maks. 5 lat więzienia. Ktoś nawet wspominał, że odpowie za przekroczenie prędkości. To dobre! Słychać było opinie policji, że event był przygotowany zgodnie z obowiązującymi przepisami, które z tego wniosek, bardziej pasują do pokazów rowerowych, wrotkowych lub zawodów na hulajnodze wyczynowej.
Czy jak kierowca F1 wpadnie w tłum widzów, czy skoczek narciarski wyląduje na głowach kibiców, albo żużlowiec z impetem staranuje szpaler wiernych fanów, to też dostanie takie zarzuty? Nie, bo taka sytuacja jest całkowicie nierealna. Tak są zabezpieczone miejsca tych imprez, że nie ma fizycznej możliwości, aby doszło do takiego zdarzenia. Bezpieczeństwo widzów jest najważniejsze.
Norweg biorący udział w tych pokazach ewidentnie się skompromitował jako kierowca, ale gdyby w tym wypadku zginęli lub zostali kalekami ludzie, to całkowitą odpowiedzialność za to ponosić powinni organizatorzy oraz Ci, co wydali pozwolenie na imprezę o takim charakterze w takim właśnie miejscu.
pozdrawiam

Sportowe wkurzenie

Posted: 6th Lipiec 2013 by Robert Rutkowski in Media
Tags: , , , , , ,

Sportowe wkurzenie

Media kolejny dzień huczą o „obrazoburczym” zachowaniu Agnieszki Radwańskiej. Społeczeństwo się wzbudziło, a szczególnie ta jego cześć, która już przebierała nóżkami, aby poprawić swoją narodową dumę, a jej jak wiadomo nie zbywa nam i można rzec, że mamy w tej kwestii pokaźny deficyt mniej więcej głębokości Rowu Mariańskiego.

Stało się, Agnieszka przegrała, a przecież mogła wygrać. Szumi nam z tyłu głowy, że „Polak potrafi”, a tutaj taki solidny zawód. Co ciekawe, głównie media polskie dokopują Agnieszce za złe zachowanie. Nie wchodzę w szczegóły tych animozji, ale nasze media generalnie maja kłopot z niepokornymi, wybitnymi. Przez ponad rok jeździłem, jako opiekun psychologiczny z Żużlową Reprezentacją Polski i sporo się dowiedziałem, szczególnie od Tomka Golloba jak ta relacja wygląda. Facet tyle zła doświadczył od mediów, że fakt, że jeszcze się w nich pokazuje, dowodzi jego wielkości. Wielcy tego świata, czyli Ci, którzy wyszli ponad przeciętną wkurzają szarych i smutnych, nie wyłączając z tego dziennikarzy.

Agnieszka Radwańska nie jest grzeczna i pokorna. Ma w sobie mocno wypracowane coś, co w świecie sportowców nazywa się „sportowym wkur…niem”. Bez tego trudno coś zwojować na jakichkolwiek zawodach, nawet szachowych. Jeśli oczekuje się od sportowca osiągania sukcesów oraz bycia pokornym i grzecznym to można się srodze zawieść.

W latach ’80 byłem zawodnikiem kadry Polski w koszykówce i wtedy doświadczyłem, jak wiele można w życiu zyskać umiejętnie zarządzając swoim wkurzeniem. Ktoś, to ma za złe Agnieszce, że nie zeszła z kortu z uśmiechem na ustach i pokorą nigdy nie doświadczył, czym tak naprawdę jest sport, a szczególnie sport zawodowy. Bieganie, rowery, tenis raz na 2-3 dni to tylko rekreacja niemająca nic wspólnego ze sportem na poziomie Wimbledonu.  Taka ranga zawodów to hiper wyczyn podobnie jak Formuła 1, żużel, skoki spadochronowe, himalaizm. W takich okolicznościach ilość zalewającej mózg endorfin i adrenaliny praktycznie wyłącza racjonalne myślenie. Schodzenie z tego stanu trwa niekiedy kilka godzin. To warunkuje biochemia mózgu. Dobry zawodnik odpuszcza logikę, bo musiałby zostać tylko amatorem, dlatego czasami ze złością wali rakietą w kort. Sportowiec, który za dużo kalkuluje nie wygra, bo instynkt samozachowawczy zablokuje działania. Jeśli chcemy, aby nasi sportowcy osiągali wyniki, dajmy im poczucie, że akceptujemy ich zachowania, nawet takie, które obywatelowi w kapciach przed telewizorem wydają się niegrzeczne, czy nawet aroganckie. Kochajmy naszym sportowców, bo bycie nimi to czasami cholernie niewdzięczna robota.
pozdrawiam

The Guardian na temat wpływu marihuany na osoby <18

Posted: 13th Październik 2012 by Robert Rutkowski in News




pozdrawiam

Sport to filozofia

Posted: 22nd Luty 2012 by Robert Rutkowski in News
Tags: , , , , , , , ,

„Sport, to filozofia życia”rozmowa z Robertem Rutkowskim, opiekunem psychologicznym Żużlowej Reprezentacji Polski przeprowadzona dla portalu polskizuzel.pl

Podczas zgrupowania Żużlowej Reprezentacji Polski w Szklarskiej Porębie oprócz zawodników i trenera obecny był także opiekun psychologiczny. Robert Rutkowski, bo o nim mowa, prowadził z biało-czerwonymi specjalne wykłady. Po powrocie z obozu udało nam się z nim porozmawiać. Zachęcamy do lektury!

 

 

 

 

 

 

Marcin Konieczny: Kiedy zaczęła się pańska przygoda z Żużlową Reprezentacją Polski i jak do niej doszło?
Robert Rutkowski: Jestem m.in. wykładowcą na Akademii Psychologii Przywództwa Jacka Santorskiego, na której słuchaczami są również przedstawiciele sponsora reprezentacji, czyli firmy ENEA. Spodobały się im moje zajęcia, a wiedząc, że byłem reprezentantem Polski w koszykówce i jestem specjalistą od motywowania i uczenia top menedżerów działania pod presją, zaproponowano mi po jednym z wykładów współpracę.
Długo zastanawiał się pan nad przyjęciem funkcji opiekuna psychologicznego Kadry?
Jak się miało kiedyś orła na piersiach, to nad takimi propozycjami się nie dyskutuje, tylko traktuje jak powołanie do kadry Polski. To honor i zaszczyt.
Wiem, że był pan także zawodowym koszykarzem – reprezentował pan nawet barwy naszego kraju. Ta dyscyplina musiała być częścią pana życia. Czy jest tak do teraz?
Kto raz pokochał sport nigdy się z nim nie rozstanie. Sport wyposażył mnie w umiejętności, dzięki którym przetrwałem wiele kryzysów. Sport to nie tylko jego uprawianie, sport to filozofia życia. Ja go uprawiam nadal czynnie, a w koszykówkę gram regularnie na osiedlowym boisku pod moim blokiem.
Interesuje się pan żużlem na co dzień, czy traktuje pan swoje obowiązki czysto zawodowo?
Jako profesjonalista w swojej branży muszę być bezstronny, czyli chłodny w ocenie wyników sportowych. Muszę je znać tylko od strony ich wpływu na psychikę zawodników. Kibicuję reprezentacji Polski, ale w kwestii rywalizacji ligowej pozostanę bez emocji.
Jak oceni pan współpracę z naszymi żużlowcami podczas obozu w Szklarskiej Porębie?
Jechałem na to zgrupowanie pełen obaw, przeglądając życiorysy kadrowiczów na pokładzie samolotu. Nieprzeciętna lista sukcesów, które z niejednego by zrobiły bufona. Sukces potrafi najtwardszemu zawrócić w głowie impregnując na bodźce zewnętrzne. Tego nie dostrzegłem u żadnego z zawodników. Na miejscu spotkałem skromnych, uśmiechniętych i wesołych chłopaków, którzy przyjęli mnie z dużym kredytem zaufania. Pierwsze lody przełamane, ale na zbudowanie solidnej relacji muszę poświęcić jeszcze dużo pracy.
Prowadził pan specjalne wykłady dla Kadrowiczów. Żużlowcy, to pokorni uczniowie i słuchacze?
Na szczęście potrafią być niepokorni i autentyczni w wyrażaniu swoich opinii. To niekiedy cel moich zajęć. Pokaż jaki jesteś niepokorny i konkretny w wyrażaniu swoich emocji. Zawodnik ma być posłuszny względem trenera Marka Cieślaka, ma wykonywać jego polecenia i słuchać. Ja natomiast mam mieć kontakt z tą drugą częścią zawodnika, czyli z jego wkurzeniem, irytacją, czy może nawet cierpieniem. To się każdemu zdarza, ale tylko najlepsi wiedzą, co z tym potem począć, aby ukierunkować się wtedy na jeszcze skuteczniejsze osiąganie celu.
Zapadło coś szczególnie w pańskiej pamięci podczas zgrupowania?
Zdecydowanie jest to osoba Marka Cieślaka. Nie bez powodu został najlepszym trenerem Polski. Pan Marek uczestniczy we wszystkich treningach razem z zawodnikami. Biega z nimi na nartach przy minus 20*C, jeździ z zawodnikami na nartach po czarnych szlakach, gra w piłkę na sali, biega, pływa itd. Poza tym ma coś, co z psychologicznego punktu widzenia czyni go jeszcze bardziej skutecznym jako trenera. Ma poza sportem swoje pasje. Ci, co go znają, wiedzą, że jest zapalonym kolarzem, że ma magiczną gadającą papugę oraz kilka wspaniałych psów. Warto wspomnieć, bez wypominania mu tego, że Pan Marek ma 62 lata.
Nasze „Orły” od lat zdobywają największe laury na arenie międzynarodowej. Uważa pan, że ta passa będzie trwać?
Po tym co zobaczyłem na zgrupowaniu w Szklarskiej Porębie nie mam cienia wątpliwości, że tak będzie.
W kim upatruje pan następców Tomasza Golloba i Jarosława Hampela?
Na szukanie następców zawodników, którzy są w najlepszym okresie swojej kariery jest dużo za wcześnie. Oni jeszcze nas zaskoczą. Im dłużej będzie trwać ich najwyższa światowa forma, tym mocniej będą pracować pozostali zawodnicy z drużyny, a to wyjdzie tylko na dobre polskiemu żużlowi.
Który z zawodników ma pańskim zdaniem najsilniejszą psychikę?
To taki zawodnik, któremu sukcesy nie przewróciły w głowie lub porażki nie pozbawiły sportowego wkurzenia. To może być najbardziej i najmniej utytułowany zawodnik. Po sezonie 2012 każdy sam ich wskaże.
Można porównać podejście mentalne i psychologiczne żużlowca i koszykarza?
Wspólny mianownik to pragnienie sukcesu i mnogość bodźców rozpraszających i utrudniających osiąganie celu. Tylko żelazna samokontrola i ciągły rozwój samoświadomości dają efekty. Rodzaj dyscypliny sportowej jest czynnikiem wtórnym. Ważniejsza jest stawka. Inny jest poziom motywatorów na poziomie ligi akademickiej, inny w lidze okręgowej, a całkowicie inny na poziomie gry w reprezentacji Polski. Tutaj odporność psychiczna i ciągła praca nad sobą w sferze psyche są kluczowe i niezbędne.
Jest pan także fachowcem w dziedzinie psychoterapii, pedagogiki i umiejętności psychospołecznych. Taki szeroki wachlarz zapewne otwiera przed panem wiele furtek…
Pracując do tej pory z żołnierzami po misjach w Iraku, z menedżerami z listy Forbesa, z artystami z pierwszych stron gazet, ze sportowcami w kryzysie, politykami, dostrzegłem kilka podobieństw. Im większa harmonia między pracą, rodziną, a życiem społecznym tym większa szansa na sukces lub jego utrzymanie. Na górę się łatwiej wchodzi niż na niej przebywa, a jak powiedział poeta Ryūnosuke Akutagawa „powietrze na szczycie góry nie jest dla słabych”.
Chciałby pan coś dodać na koniec?
Reprezentacja Polski w żużlu to współcześni gladiatorzy, którym niezbędna jest arena, a wokół niej widzowie. Bez nich zdobywanie sukcesów traci impet i sens. Pamiętajmy o tym, że największym czynnikiem motywującym dla sportowca to właśnie wierni fani. Nie zawiedźcie naszej drużyny narodowej

pozdrawiam